Goście, jadą goście, czyli gościnność po polsku

Poniedziałek, 7 września 2015 (13:05)

Pokaż mi swoich gości, a powiem ci, kim jesteś? To już nie takie proste. Dawniej odwiedziny w domach były codziennością, teraz gośćmi nazywamy także bywalców hoteli i restauracji. A zatem wróćmy do początków. Rozgośćcie się!

Reklama

Goście to mili ludzie: nie patrzą na zegar, mają apetyt i mówią wszyscy naraz – ironizował w ubiegłym wieku kompozytor Seweryn Eugeniusz Barbag. Ale już coraz rzadziej słyszy się „gość w dom, Bóg w dom”. Wielu z nas chętniej umawia się ze znajomymi w restauracjach i barach.

Wreszcie odbijamy sobie siermiężne czasy PRL-u, kiedy najczęściej spotykaliśmy się w domach, bo w nielicznych ówczesnych knajpach (jak warszawski czy sopocki SPATiF) poza wódką i śledziem niczego nie było. Jedynie dzikie tłumy artystów wymieszanych z prostytutkami i tajniakami.

Godzina milicyjna wprowadzona w stanie wojennym, czyli zakaz poruszania się między 22 a 6, paradoksalnie pomogła utrwalić słynną polską gościnność. Ten, kto nie zdążył wyjść wcześniej, zostawał u gospodarzy na noc, co było nierzadko pretekstem do zorganizowania solidnej imprezy z udziałem wszystkich sąsiadów.

W ostatnich latach, owszem, rozkochaliśmy się w bywaniu na mieście, kawkach i lunchach, ale jednocześnie można zaobserwować nowy trend – powrót do swojskich imprez domowych.

Nie przypadkiem program „Ugotowani” (TVN), w którym kolejno każdy z czwórki nieznajomych podejmuje u siebie pozostałych, przygotowując kolację według własnego pomysłu, bije rekordy popularności.

Co i jak zmieniło się w tej materii? Czy Polacy nadal są mistrzami świata w gościnności? To pytanie, żeby nie powiedzieć problem, nabiera aktualności szczególnie w czasie wakacji.

Pełna chata

Dzwonię do wokalistki i kompozytorki Ani Rusowicz, która razem z mężem Hubertem Gasiulem, perkusistą, żyje w duchu hipisowskim. – Bingo! Ostatnio trochę przesadziliśmy, zrobiło się jak w pensjonacie – śmieje się Ania.

– Kiedy w domu jest za dużo ludzi, tracisz kontrolę nad wszystkim, także nad swoim życiem – dodaje poważnie i zaprasza do siebie na kawę. W ogrodzie napotykam dwa psy, Johnny’ego i Mary, oraz kota Hippisa.

Po chwili wpadam (jak się potem okazało) na instruktorów snowboardu, którzy w czasie wakacji pomagają Hubertowi w rozbiórce szopy. Nie mija kwadrans, gdy do artystów zagląda zaprzyjaźniony masażysta.

– No cześć, a u nas dzisiaj pełna chata – wita go Hubert. Masażysta wyjmuje buteleczkę nalewki z czarnej porzeczki – od razu wszyscy jej próbujemy. – Od kiedy dwa lata temu przenieśliśmy się poza Warszawę, ciągle mamy gości – opowiada Ania Rusowicz.

– Wizyty zwykle są spontaniczne. Nie mam z tym problemu, bo nie jestem perfekcyjną panią domu. Nie stresuje mnie lekki bałagan, gorsza pogoda. Po co zatruwać sobie życie? Jak nie zdążę niczego ugotować, to stawiam miskę orzeszków. Liczy się atmosfera, dobra energia.

Wokalistka

twierdzi, że wbrew pozorom niewielu artystów prowadzi obecnie tzw. domy otwarte. Ona przyjaźni się z muzykami Markiem Piekarczykiem i Czesławem Mozilem. – Mamy „kosmiczne połączenie”, jesteśmy bratnimi duszami. Nie musimy planować spotkań. A co trzeba zrobić, żeby być gościem Ani i Huberta?

– Nic – wzrusza ramionami Rusowicz. – Dom to bliscy znajomi, przyjaciele, intymność, więc musimy go chronić. Raz zaprosiłam trójkę najbliższych fanów, fantastycznych ludzi. To dowód zaufania z mojej strony. Ale przecież na tym to wszystko polega. W spotkaniu najważniejsze jest to, aby się spotkać, nie ma nic więcej. Proste! Czy podobnie uważają wszyscy Polacy, nie wiadomo.

Ale badania, które CBOS przeprowadził u nas pięć lat temu, zdumiały wielu komentatorów. Okazało się bowiem, że jako naród jesteśmy najbardziej dumni wcale nie z naszego patriotyzmu czy tradycyjnej, słynnej na całym świecie polskiej kuchni.

Najwięcej, bo ponad 51 proc., rodaków odpowiedziało, że dumą napawa ich polska gościnność. Literacka oraz muzyczna spuścizna znalazły się w tyle.

Polerowanie butów

– Gość w dawnej Polsce był zazwyczaj pożądany i wyczekiwany, bo stawał się nośnikiem informacji ze świata – opowiada Jarosław Wasik, kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS w Warszawie.

– Powszechnie walczono z nudą i wyczekiwano rozrywek, zatem gość stanowił również atrakcję, bowiem jego przybycie przerywało monotonię życia. W ostatnich latach w dużych ośrodkach miejskich ludzie bardzo chętnie spotykają się poza domem, do dyspozycji mają mnóstwo restauracji i barów.

Ale pamiętajmy, że Polska to nie tylko Warszawa, Poznań i Kraków, to także setki miast, miasteczek i wsi, gdzie wciąż chętniej gościmy innych u siebie.

Jednak zaproszenie do domu obecnie oznaczać może już wyższy stopień zażyłości niż dawniej. Jeśli chcemy prześledzić zwyczaje i zasady podejmowania gości, wystarczy sięgnąć do literatury, w której znajdziemy wiele przykładów życia towarzyskiego, w tym sąsiedzkiego (w źródłach mówi się o nim jako istotnym czynniku szczęścia, np. lepszy sąsiad bliski niźli brat daleki).

Dawniej każda wizyta była ceremonią. W autobiografii „Dziewczyna z Kamienia” Izabella Cywińska, reżyserka teatralna i filmowa, krytyk sztuki, opisuje: „Nawet za czasów okupacji rodzice często podejmowali obiadem krewnych i najbliższych sąsiadów (…).

Na co dzień obiad podawany był punktualnie o godzinie pierwszej. Ledwo wybrzmiało uderzenie zegara, a wszyscy już siedzieli przy stole w naszej ogromnej jadalni. Kiedy w czasie wojny dwór zapełnił się uciekinierami, bywało, że do stołu siadało naraz dwadzieścia parę osób. (…) Nakładanie dań zaczynało się od Prabusi.

Przy stole obowiązywało surowe prawo: dzieciom nie wolno było niczego zostawić na talerzu”. Zapisu historycznej wartości (co jedli, gdzie się widywali) dokonała także Agnieszka Osiecka, wybitna autorka tekstów, portretując obyczaje artystów (Kaliny Jędrusik, Zbigniewa Cybulskiego, Antoniego Słonimskiego) z lat powojennych w książce „Szpetni czterdziestoletni”.

Sama jako gospodyni była podobno więcej niż zwyczajna: w jej pokoju na Saskiej Kępie w Warszawie najciekawszym meblem był stół ze szklanym blatem, pod którym umieszczała fotografie bliskich sercu mężczyzn. Gości częstowała głównie herbatą, którą w drodze z kuchni najczęściej rozlewała.

Niedawno ukazała się książka Moniki Małkowskiej „Życie na przekąskę…”, w której malarka relacjonuje, ile w czasach PRL-u trzeba było się nagimnastykować, aby uroczyście podjąć gości tym, co akurat upolowało się w sklepach. Uśmiech i nostalgię budzi „socjalistyczne sushi”, czyli… japońska kanapka (kulka z ugotowanego ryżu ze śledziem z octowej marynaty w środku), a także zakąska z selera i pudding z kalafiora.

Po drugiej stronie mamy relacje tych, którzy dostąpili zaszczytu bywania w znakomitych salonach towarzyskich.

Jeden z nich prowadził Jerzy Giedroyć, wybitny redaktor, wydawca miesięcznika „Kultura”, przez bywalców swojego podparyskiego domu w Maisons-Laffitte nazywany Księciem. Krzysztof Burnetko i Witold Bereś w książce „Nasza historia. 20latRP.pl” piszą, że „niektórzy goście przed bramką na Avenue de Poissy 91 długo polerowali buty, bo wieść głosiła, że po ich stanie gospodarz ocenia gościa”. Dowodem akceptacji ze strony Księcia była propozycja wspólnego wypicia szklaneczki whisky.

Z kolei w książce Agaty Tuszyńskiej „Długie życie gorszycielki” – o losach pisarki Ireny Krzywickiej – spore fragmenty dotyczą słynnego salonu prowadzonego przez Krzywicką w latach 50. i 60. w Warszawie. Wcześniej publicystka bywała u Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który zapraszał literatów, aktorów, lekarzy i prawników.

Podawano kawę, herbatę oraz „boskie malutkie ciasteczka” na jeden kęs. Po wojnie Krzywicka ubolewała, że zanikają rozmowy i spotkania. Gości zaczęła ściągać do domu wtedy, kiedy jej syn Andrzej poważnie zachorował, chcąc zapewnić mu rozrywkę na poziomie. Niejako przy okazji stworzyła ważne miejsce towarzyskich spotkań…

Niezapowiedziani

Salon Krzywickiej był solą w oku pisarza i publicysty Leopolda Tyrmanda, nim ten wyemigrował z Polski. Gości pani Ireny sportretował w powieści „Życie towarzyskie i uczuciowe” jako elitę próżniaków. Sam nigdy nie został zaproszony.

Był gościem niepożądanym, co jego – człowieka dumnego – musiało osobiście dotykać. – Goście zwykle dostrajają się do naszego życia. Jednak są też silne osobowości, które wolą, aby rytm domowników dopasować do nich.

Wtedy powstaje dysonans, ale jesteśmy z Hubertem asertywni – przyznaje Ania Rusowicz. – Mamy zasadę, że pierwszego dnia jesteś gościem, a drugiego – domownikiem. Pierwszego dnia podaję obiad, nazajutrz obsługujesz się sam.

Nie wiadomo, co gorsze: wizyta gościa niepożądanego czy niezapowiedzianego? Bywa przecież, że to ta sama osoba. Pisarz Henryk Sienkiewicz uważał, że „gość nie w porę jest gorszy od Tatarzyna”.

– Zachwyca mnie, że wraz z rozwojem technologii skończyły się niezapowiedziane wizyty – mówi Aneta Wrona, trenerka biznesu i specjalistka od kreowania wizerunku.

– Jeszcze ćwierć wieku temu normą były sytuacje, że w sobotę w południe nagle w progu zjawiała się cała familia! Gospodarze biegali w poszukiwaniu szynki ukrytej na święta, otwierali weki, bo przecież gości nie można było wypuścić bez jedzenia. Dla nich trzymano lepsze obrusy i ładniejsze zastawy.

Co za ulga, że już nie słychać upomnień: nie rusz, to dla gości! – dodaje.

Takie sytuacje można odnaleźć dziś jedynie w filmach („Kogel-mogel”, reż. Roman Załuski, „Sami swoi”, reż. Sylwester Chęciński) czy serialach („Alternatywy 4”). Okazuje się, że większość filmów i spektakli opiera swoją dramaturgię na wątkach gości, często niezapowiedzianych, którzy odgrywają znaczącą lub wręcz kluczową rolę.

Rzeź

Goście mogą napsuć gospodarzom krwi, myślę, oglądając w warszawskim Teatrze Dramatycznym sztukę Iwana Wyrypajewa „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie” w reżyserii Wojciecha Urbańskiego.

Małżonkowie Robert i Sara zapraszają do siebie starego przyjaciela. Miła rozmowa zamienia się w koszmar, kiedy on zadaje proste z pozoru, ale niewygodne dla Sary pytanie: kto był u niej pod nieobecność męża w poniedziałek?

Przypomina mi się scenariusz „Boga mordu” Yasminy Rezy, na podstawie którego Roman Polański nakręcił film „Rzeź” – z poprawnego spotkania dwóch eleganckich par robi się wielka awantura, tytułowa rzeź. Wybieram się do Och-Teatru w Warszawie na czarną komedię pt. „Truciciel” w reżyserii Cezarego Żaka.

Grany przez niego tytułowy bohater jest takim niespodziewanym gościem, który zmienia cały rytm i fabułę. – Gość to tajemnica, a więc temat szalenie wdzięczny w sztuce – mówi Żak.

– Jeśli prywatnie zapraszam kogoś do domu, też liczę na ciekawe historie, i odwrotnie.

Niektórzy nazywają to plotkowaniem, ale ja wolałbym nazwać to wymianą obserwacji, opinii. Ponadto gość to nowość, a ta również jest w sztuce pożądana. I wreszcie gość oznacza spotkanie: na tym konstruuje się dramaturgię – wyjaśnia aktor, który gra obecnie w ośmiu spektaklach, m.in. w „Weekendzie z R.” w reżyserii Krystyny Jandy.

Tam na koniec pierwszego aktu nagle wpada małżonek jednej z bohaterek i niszczy zastany układ. – Nawet w „Zemście” Papkin przyjeżdża do Cześnika i staje się niespodziewanym gościem – podsumowuje z uśmiechem Żak.

Zupa nic

Przyjmowanie gości też może być sztuką. Ania Starmach, jurorka programu „MasterChef” w TVN i gospodyni telewizyjnego cyklu kulinarnego „Pyszne 25” w TVN Style, przeszła życiowe szkolenie w tej dziedzinie siedem lat temu we Francji.

Podczas wakacji uczyła się gotowania u 93-letniej francuskiej hrabiny, która mieszkała w zamku w Burgundii. – Planowanie przyjęcia, które gospodyni wydawała każdego weekendu, zaczynałyśmy od rozmowy – relacjonuje Ania.

– Przed nami leżała kartka z narysowanym stołem na ponad dwadzieścia osób, więc ustalanie, kto siądzie obok kogo, trwało godzinami. Potem komponowałyśmy z hrabiną menu przyjęcia, zależnie od pory dnia. Jej syn miał winnicę, więc on zajmował się doborem win.

Wreszcie jechałam na targ, aby wybrać odpowiednie produkty. Wszystko musiało wyglądać i smakować perfekcyjnie, bo hrabina i jej sąsiedzi zamieszkujący inne zamki skrycie rywalizowali ze sobą. I chociaż „moja” hrabina korzystała z internetu, to z nostalgią wspominała czasy wystawnych balów.

Wyjmowała rodowe srebra, opowiadała o kamerdynerach, próbując przywrócić dawną rzeczywistość, choć to było niemożliwe. Bo zamiast licznej służby miała jedną Polkę, która robiła za kucharkę i kelnerkę. Mnie.

Do swojego mieszkania w Krakowie Ania zaprasza jedynie najbliższych przyjaciół, których zna od lat. Zwykle nie gotuje nic wcześniej, tylko dopytuje, kto na co ma ochotę.

– Niczego nie narzucam i nie mam potrzeby popisywania się – opowiada. – Czasem proszą mnie o sery, grillowanego steka albo hamburgera. Przy homarze czulibyśmy się nieswojo. Uważam, że to jedzenie definiuje charakter spotkania.

Zdarzało mi się pić najlepsze wino, siedząc w dresie, ale bez specjalnej formy nie smakowało tak wspaniale. Oprawa też jest ważna.

Jurorka „MasterChefa” twierdzi, że jedzenie nie powinno przeszkadzać w spotkaniu. Ona przeważnie improwizuje, gotując ze składników, które akurat ma pod ręką. Receptur trzyma się wyłącznie przy skomplikowanych deserach. – Ale słodkości każdy może zrobić dosłownie z kilku składników. Ja zawsze trzymam w lodówce jajka i śmietankę.

Bezę ubijam błyskawicznie z białek i cukru, potem dodaję śmietankę. Wystarczy, że będą jeszcze owoce, a zapiekę je pod kruszonką – objaśnia Ania Starmach. W jednej z książek kucharskich jej autorstwa (czwarta w przygotowaniu) jest niezwykły przepis na torcik orzechowy babci Romy, która znała sekrety najpyszniejszych deserów. Zachwycała nimi gości we Lwowie, a potem w Krakowie.

W tym drugim niezapowiedziani goście stanowili codzienność. – Babcia mieszkała z rodziną na Rynku Głównym. Wyobraź sobie, jaki to punkt! Od rana do wieczora wpadali znajomi, przyjaciele, krewni. Mama wspomina, że nigdy nie wiedziała, kogo zastanie w domu.

W kuchni rządziła przed laty moja prababcia, która nikogo tam nie wpuszczała. Była sprytna, błyskawicznie szy kowała dania, które wyglądały na pracochłonne.

My teraz lubimy się chwalić, że zrobienie deseru trwa kwadrans. Dawniej goście mogli się obrazić, że zbyt mało czasu im poświęciliśmy! Potem te patenty kulinarne przejęła moja babcia Roma. Staram się podtrzymywać rodzinną tradycję, przygotowując np. zupę nic – deser na jajkach z chmurką z białek – dodaje Starmach.

Daniem popisowym w domu Cezarego Żaka są mule w ciemnym piwie po belgijsku. Aktor szykuje je osobiście. Przepis znalazł przypadkiem w gazecie. Do tego obowiązkowo dużo wina, rozmów i anegdot z życia artystów – nie ma siły, żeby impreza była nieudana. Szczególnie że zajęci Żakowie urządzają domówki nie więcej niż kilka razy do roku.

Teraz zamierzają wziąć przykład z zaprzyjaźnionej aktorki Izy Kuny, która, notabene, słynie z organizacji częstych posiadówek. Ale na imieniny do siebie zaprasza tylko tych gości, którzy zadzwonią do niej rano z życzeniami. Cezary Żak przyznaje z uśmiechem, że zamierza przejąć ten ciekawy zwyczaj od przyszłego roku.

Powrót

„Wpadli do mnie znajomi. Na telewizję. Dosłownie. Żeby obejrzeć program, bo nie mają telewizora. Jak za komuny. Nawet przynieśli własny alkohol i kielonek z lodem. Obejrzeli, pochwalili telewizor, że jest, zabrali osuszony kielonek i poszli. I pytam samą siebie: dlaczego nie miałam słonych paluszków???”. Taki wpis zamieściła niedawno na Facebooku Aneta Wrona. Czyżby historia zataczała koło? Cezary Żak lubi wspominać czasy, kiedy jako dziecko chodził z rodzicami w gości, czyli na telewizję do sąsiadów.

On na „Bolka i Lolka”, a oni na filmy. – Nasi sąsiedzi jako jedyni w bloku mieli telewizor i pewnie nie byli zachwyceni tym, że codziennie o 19 słyszeli moje „puk, puk”! Ale z czasem odbiorników przybywało i te wizyty stawały się coraz rzadsze. Z tego wniosek, że technika wypiera gościnność – zamyśla się Żak. Jednocześnie coraz więcej osób, zwłaszcza z dużych miast, świadomie rezygnuje z posiadania telewizora.

Znowu zaczynają się wycieczki do sąsiadów i znajomych na mecz czy debatę polityczną. – Ci, którzy przychodzą na telewizję, siedzą na początku jak zahipnotyzowani. Trudno z nimi pogadać, bo nadrabiają straty. Nawet reklamy ich fascynują! – mówi Aneta Wrona. I dodaje: – Niemniej jednak podejście do gości zmieniło się wraz z przemianami ustrojowymi i wolnym rynkiem.

Jest mnóstwo knajp i barów, w których coraz częściej robimy imieniny czy chrzciny. Zaś znajomi, którzy mają duże domy za miastem, organizują ostatnio imprezy z nocowaniem, bo nie wypada im wyrzucać w nocy gości do domów.

A zatem jesteśmy gościnni, tyle że w inny sposób niż dawniej. Czasem nie chce nam się gotować i zamawiamy do domu catering lub gości imieninowych podejmujemy w barze z winem. Ale badania nie kłamią. – Wszyscy obcokrajowcy, którzy opisują Polskę, zwracają na to uwagę – podsumowuje Jarosław Wasik. – Mówią, że jak się przychodzi w Polsce na imieniny, to jest wyszykowane jak na urodziny. A kiedy na urodziny, to jak na wesele.

Składaj wizyty bez zapowiedzi, a dowiesz się, co o tobie myślą

PANI: Czy „gość w dom” jest nadal mile widziany?

Adam Jarczyński: Kiedyś bywało, że gość nie wytrzymywał tempa biesiady i chciał uciekać, a przemyślny gospodarz odkręcał mu w nocy koła u wozu. Albo gonił go konno przez kilka dni i zawracał do kielicha. Nie słyszałem, aby współcześnie ktoś odkręcał koła w małym fiacie z tego powodu, ale nadal obowiązuje hasło „gość w dom, Bóg w dom”. A przy okazji „postaw się, a zastaw się”. My, Polacy, lubimy się odwiedzać od zawsze, bez względu na czasy.

Co się zmieniło w zasadach podejmowania gości?

Pięknie zaczyna się jeden z rozdziałów dzieła Jana Kamyczka, który cytował francuskie przysłowie: składaj wizyty bez zapowiedzi, a dowiesz się, co o tobie myślą. Tak kiedyś, jak i dziś jedynie osoby bardzo zaprzyjaźnione mogą się niezapowiedzianie odwiedzać, bo znają swoje godziny pracy, przyzwyczajenia.

Choć miłym gestem było przyniesienie jakiegoś rarytasu bądź trudno dostępnego destylatu, to wyższą szarżę kurtuazji stanowiło wysłanie już po spotkaniu kwiatów z podziękowaniem. Nie chcę generalizować, ale dawniej prowadzenie domu otwartego z herbatą, nalewkami i ciasteczkami było łatwiejsze. Dziś mamy inne tempo życia, częściej spotykamy się poza domem. Anonsowanie wizyty uzależniałbym od znajomości z gospodarzami – im są nam bliżsi, tym krótszy okres zapowiedzi.

A jak zmieniliśmy się jako goście?

Kiedyś spotykaliśmy się znacznie częściej. Mogę zaryzykować tezę, że status materialny odgrywał tu niemałą rolę, bo w PRL-u wszyscy mieli mniej więcej to samo. W ciągu ostatnich lat różnice materialne się znacznie pogłębiły, co może budować pewne ograniczenia. Spotkania rekompensują nam portale społecznościowe, dzięki którym ludzie wiedzą o sobie wszystko. Nic dziwnego, że potrzeba składania i przyjmowania wizyt jest coraz mniejsza.

Tekst pochodzi z magazynu

Pani